Pan Zdzisiu (zwany oficjalnie Transformations Position, ale po znajomości pozwalający mi się tytułować panem Zdzisiem) zaciągnął się petem, splunął i przesunął wskazany obrazek o dwa milimetry w prawo.
- Teraz, panie Olgierdzie, weźmie mi pan przycinanie tej, o, płaszczyzny, obiektem napisów.
Pan Olgierd, obszerny mieszkaniec Shapingu, o niedźwiedziej minie drwala, zasalutował, sięgnął po napisy, naostrzył je, nasadził na trzonek i wreszcie tak skomponowaną siekierą elegancko poodrąbywał parę odstających fragmentów płaszczyzny. Za nim zasuwał mały Jasiu z miotełką i zbierał okruszki - ponoć wspólnie z którąś paletą barw budował samolocik.
- No, to teraz eksport – powiedziałam do siebie - a potem już tylko ustawienie warstw w GIMPie, trochę Gaussa, trochę zaszumienia RGB i... będzie grało!
Wyszłam z Corela, machając towarzystwu na pożegnanie i dziękując za blendowe babeczki cioci Tool, po czym niezwłocznie skierowałam się folder wyżej i odpaliłam GIMPa.
Tu już niestety okazało się nie być tak łatwo. O ile normalnym było, że nowa lepsza wersja edytora nie przywita mnie podręcznym okienkiem z warstwami i narzędziami, o tyle całkowitą (i niezbyt miłą) nowością było to, że to drugie nie chciało się odpalić nawet na moje życzenie, z listy dokowalnych okien dialogowych.
Wyskoczyło tylko Opcje narzędzia, pozwalające ustawić wielość pędzla, jego kształt (oraz paręnaście innych szczegółów, których używają jedynie gimpowi druidzi, ale które za to fajnie wyglądają).
„Chociaż tyle” pomyślałam. Po paru rzutach okiem na owe opcje i taktycznym poskrobaniu się w głowę stwierdziłam jednak, że tak to ja się nie bawię, ja muszę mieć pod nosem wszystkie rodzaje długopisów, zaznaczeń i innych rzeczy, że inaczej mi się nie chce, i wróciłam do przetrzepywania listy okien.
- Tego szukasz? - odezwało się za moimi plecami. Nie kojarzyłam tego głosu.
Odwróciłam się... Ktoś siedział na okienku z opcjami narzędzi i... trzymał w łapie mój wytęskniony przybornik! Który, kiedy skupił już moją uwagę, pogiął i schował sobie do kieszeni. Za dużych spodni. Po czym zasłonił się peleryną. Coś mi zaczęło świtać (mojej szczęce chyba prędzej, bo już zbliżyła się do podłogi o parę centymetrów), ale dopiero kiedy gość uruchomił swoje turbo-klapki, zaskoczyłam.
- To ty... - Odsunęłam się, mając w planie w najbliższym czasie schować się między warstwami. - Największy wróg Rycerza Pętli, Artoooooora, pragnący przejąć władzę nad Królestwem Afinicznym!
- W rzeczy samej!
- Ale... Ale gdzie to twoje HAHAHAHHAHAHAHAHAHA!? Zawsze prezentowałeś czytelnikom na powitanie swój mroczny chichot, a teraz...
- Teraz też prezentowałem, ale akurat wtedy musiałaś zmaksymalizować GIMPa i przez to WZIUUUUUM! całkiem nie było mnie słychać! - odpowiedział z niemałą pretensją. Lord Error odpowiedział. Lord Error na komputerze u mnie. Ale jaja.
- A teraz do rzeczy – zeskoczył z okienka na płótno. - SuperInformatyk znów mnie pokonał, przekazując ci swoje życzenia szybciej niż ja, więc zamierzam się na nim zemścić, zmiatając z powierzchni pulpitu jedną z najważniejszych dla niego osób. Czyli ciebie. A potem zniszczę to, co dla niego właśnie tworzysz i sam mu złożę życzenia! HAHAHHAHAHAHAA!
- Ale... Czy to aby ma sens, że najpierw chcesz złożyć mi życzenia, wszystkiego dobrego, spełnienia marzeń i takie tam, a potem chcesz mnie zniszczyć? I jemu chcesz złożyć życzenia, choć chcesz się zemścić?
- Nie – odpowiedział bez zastanowienia. - A powinno?
Wzruszyłam ramionami.
- Jak widzisz, odebrałem ci przybornik z narzędziami. Nie masz się jak przede mną bronić, więc lepiej się poddaj!
- Pff, nie potrzebuję przybornika! - Wzruszyłam ramionami po raz kolejny, nie bacząc na różnorodność reakcji, która wskazana jest w opowiadaniach. - Znam skróty klawiaturowe! Po prostu jestem leniem patentowanym i lubię mieć wszystko na oku!
Chyba zbiłam go na chwile z tropu – i dobrze, miałam sekundę, żeby się zastanowić.
„S..? Niii... E..? Aha, mam!”
- Shift+T! - rozkazałam programowi. Między mną a Lordem Errorem pojawił się komunikat umożliwiający zmianę rozmiaru obiektu. Na przykład wspomnianego Lorda Errora.
Mina mu trochę zrzedła, kiedy musiał odskakiwać przed symboliczną siatką, starającą się jakoś ująć go i, jak sobie zażyczyłam, zmniejszyć. Szło mu coraz lepiej i, wciąż kicając z miejsca na miejsce, nawet wyjął z kieszeni pomięty przybornik, żeby jakoś mi się odwdzięczyć, ale nie zdążył.
- Shift+B! - krzyknęłam więc. Tym razem programowi poszło o wiele zgrabniej i od razu, zgodnie z życzeniem, w oponenta trzasnęło wiaderko z farbą.
Wtedy jednakże pojawił się komunikat.
- Nie można dokończyć polecenia Wypełnienie kubełkiem, ponieważ zaznaczony obszar jest pusty - oświadczył z przykrością ów komunikat.
Kubełek.
No to cisnęłam wiaderkiem jeszcze raz. W końcu co poradzę na to, że Lord Error ma pusto we łbie? Komunikat nie zmienił zdania. Dla pewności rzuciłam jeszcze
Marny ze mnie grafik.
Chciałam jeszcze coś ciekawego zaproponować, ale wtem zauważyłam, że komunikat dał dyla. Ooops, chyba zapomniałam o okładaniu kogoś wiaderkami... Odwróćiłam się, a włosy zjeżyły mi się na głowie, bo agresor stał już dosłownie obok, do tego celując we mnie... No właśnie, co to mogło być..?
- To glitchomat – wyjaśnił uczynnie, widząc, że głupio się wpatruję. - Jeden strzał zrobi z każdego obrazu kaszankę. Jeśli mi się poszczęści, to ty po trafieniu będziesz wyglądać jak Magda Gessler.
Pociemniało mi przed oczami, zachwiałam się, wybałuszyłam oczy w szoku, wreszcie zrobiłam „Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!” w celu przywrócenia sobie przytomności. Na szczęście, bo Lord Error nie należał bynajmniej do tych czarnych charakterów (albo czarnych kotów), dla których podjęcie działania jest ewentualnym dodatkiem do kwadransowego elaboratu na temat tego, co, w jaki sposób, dlaczego, dzięki jak wielkiemu geniuszowi, na złość komu i za cenę ilu zawieszonych Linuxów owe działanie zostanie podjęte.
- L! - krzyknęłam i machnęłam ręką pół sekundy przed tym jak nacisnął spust. Przed facjatą króla błędów rozwinęła się ściana deseniu z pełnym wdzięku przejściem od czerni do bieli (albo odwrotnie). No, przynajmniej dopóki nie dostał kulki z glitchomatu – po tym wyglądał już jak... jak...

Wstrzymałam oddech. Biedny deseń. Popatrzyłam mściwie na winowajcę, ale nie za długo, bo przecież musiałam jak najszybciej stąd zjeżdżać!
Leciałam slalomem przed siebie, a obok mnie mignęło parę błysków. Wszystko dookoła wykrzywiało się, zmieniało kolor. Okienko z warstwami stało się dwunastokątem, menu zyskało siedem nowych karykaturalnych rzędów opcji, ba! w opcjach narzędzi pojawiło się narzędzie czyniące z GIMPa normalny program graficzny, w którym możliwe jest narysowanie koła po ludzku! Ponadto każdy wystrzał powodował automatycznie zaklęcie z motylą nogą i kompilatorem w roli głównej. W efekcie czego zapewne został wyczarowany kompilator z bardzo wieloma nogami.

Mniej więcej tak to pod koniec wyglądało. Czyli... w zasadzie doszło mnóstwo zielonego. I oczywiście motyli z wieloma nogami.
Nie mogłam na to wszystko patrzeć. Wciąż unikając ostrzału, ominęłam jakieś drzewko hot-dogowe oraz przekupkę, która w pętli recytowała jedną z instrukcji Ikei, i ostatkiem sił skoczyłam w dobrze sobie znaną opcję Filtry i zanurkowałam w efektach. Gdy Lord dobiegł do listy, byłam już gotowa.
- Teraz ty się poddaj, bo potraktuję cię rozmyciem Gaussa! - Wyskoczyłam ze sterty opcji zjeżona wojowniczo jak skrzyżowanie Arnolda Schwarzeneggera z Kocią Damą, mierząc w niego czymś ciężkim, pełnym opcji i, mam nadzieję, przekonującym.
Było przekonujące. Facet zaśmiał się nerwowo dość wysokim tonem i wycofał, przydeptując własną pelerynę. I tutaj popełniłam błąd – nacisnęłam spust.
No i Gauss zaczął mielić. Sekundę, pięć, coraz głośniej bucząc i się trzęsąc, aż Lord Error zaskoczył, co jest grane, jednocześnie ze mną.
- Za duży promień rozmycia, co? - zagadnął beztrosko, a ja zrobiłam się mniejsza. Pomyślałam, że znów wywołam jakiś pędzel, cyrkiel czy inne cudo na kiju... tyle że przecież nie mogę, skoro GIMP skupił całą swoją energię, moc obliczeniową mojego i tak nie powalającego mocą komputerka, poświęcił wszystek dostępnego sobie RAMu i nawet zawrócił głowę sprzątaczce, żeby obliczyć efekt operacji rozmycia paszczy mości szanownego Lorda Errora. Przez chwilę tlił się we mnie zamiar kliknięcia krzyżyka Anuluj w prawym dolnym rogu, tyle że teraz kwitła tam afrykańska dżungla i siedział jakiś lew (na szczęście nie Rywin).
Reasumując: trzeba było wiać. Wygrzebałam się z rastrowych gratów (zamulenie systemu sprawiło, że nawet ich rozrzucanie trochę trwało) i ledwo zdążyłam rozwinąć jedną z list menu (te zglitchowaną akurat, z napisem „Śledzie”), żeby osłonić się przed nadlatującym pociskiem (który sprawił, że teraz lista oferowała „Jeszcze więcej śledzi”). Na chwilę hałas glitchomatu ustał, więc z pozytywną myślą, że może Panu Błędowi skończyły się już naboje/checkpointy/skórki od banana, więc mam przewagę liczebną, dobiegłam wreszcie do górnej granicy okna głównego GIMPa, żeby wyjść z niego tzw. back-doorem, chciałam przeskoczyć przez pasek tytułowy i...
Auć... Ktoś (no ciekawe kto?) złośliwie podniósł pasek tytułowy i teraz ja potrzebowałam, żeby mnie ktoś podniósł. Niestety do „pomocy” zgłosił się (zauważalnie zasapany, ale udający, że nie) Lord Error. Korzystając z tego, że siedzę na tym pasku tytułu, parę razy mnie nim owinął i chyba to by było na tyle, jeśli chodzi o uciekanie.
- Zmieniłem plan! - ogłosił. - Zamiast cię niszczyć, pójdę z tobą do Pałacu 8,66-Wymiarowego, dzięki czemu Artoooooor będzie musiał oddać mi Królestwo Afiniczne! A potem złożę mu życzenia! HAHH...
Nie zdążył jednak dokończyć swojego wiekopomnego śmiechu, gdyż... sekundę temu GIMP doszedł do siebie po ciężkiej operacji obliczeniowej i przerwie na drugie śniadanie, więc mógł na nim wreszcie radośnie wykonać rozmycie Gaussa z promieniem 250 pikseli.
Dzięki czemu Lord wyglądał tak niewyraźnie, że mogłaby go uratować tylko ćwierćtonowa dawka Rutinoscorbinu, a wątpię, żeby miał pod ręką.
Przybornik już działał, więc szybciutko rzuciłam do programu C, czyli żeby dał mi narzędzie Gumkę i już byłam wolna. Co prawda GIMP nie był zachwycony tym, co zostało po jego kochanym pasku tytułowym, no ale to nie mnie się przeciągnęły obliczenia!
Tymczasem Lord Error... sterczał przy menu programu i coś wybierał na oślep (przy takim rozmyciu oczu musiał zyskać ze 100 dioptrii). Wreszcie z którejś ze zglitchowanych opcji wyciągnął... ćwierć tony tabletek Rutinoscorbinu. I do tego panią Goździkową! Zażył to wszystko jednocześnie i, niestety, pomogło...
- Myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? - zapytał dumnie, ale... chyba nie myślicie, że tam jeszcze byłam?
Na szczęście miałam już plan. Wiedziałam, że ten chodzący błąd za mną poleci, więc zdecydowałam się na środek ostateczny. Skierowałam się na dół ekranu, gdzie blisko lewego rogu tkwiła niepozorna, niebieska ikonka...
Lord Error chyba też wprowadził kolejne poprawki do swojego planu, co rozpoznałam po tym, że promienie które miały w mnie trafić nie były już kolorowe i powykrzywiane, tylko... jakieś takie niebieskie... i z białymi napisami..?
Ojejciu.
Ale nie no, nieważne, ja mam plan! Mam plan? Taaak, oczywiście, że mam plan! Po pierwsze – odpaliłam swoją tajną broń – Explorera 6.66.
Odpalił się na szczęście w miarę szybko. W sensie – ramka, bo jego zawartość odpaliła się dużo później. Ale za to przez przewiewne okno można było obserwować nadbiegającego Lorda. Chyba nie wierzył w to co widzi.
- Explorer 6.66?! Przecież... Przecież... - plątał się. - On jest tak podziurawiony, że nawet ja się boję do niego wchodzić!
Rozsiadłam się na pasku adresu.
- Wiesz, mnie to nie przesz... – zaczęłam, ale urwałam i to nie z powodu nawiedzonego Władcy Bugów, tylko z powodu jakiegoś gościa w garniturze, który w tej właśnie chwili wyświetlił mi się zamiast wyszukiwarki i zaczął nawijać coś o mleku, którego na pewno byśmy nie pili, gdyby miało (tu spojrzał na zegarek) 14 lat. Po czym, zgodnie z logiką Explorera 6.66 zaczął zachwycać się cudownością aktualizacji windowsowych, potęgą domyślnie dostępnych w nim narzędzi edytorsko-akustyczno-malowalniczych oraz urodą Billa Gatesa. Tego ostatniego już nie dokończył, bo dostał kulkę z niebieskiej różdżki.
- Czyli, jak rozumiem, boisz się? - rzuciłam Errorowi wyzywające spojrzenie. - Wiesz, ten pan może zaraz znów przyjść.

Jutro ktoś przyjdzie, na przykład ten pan od Explorera. Albo od gazociągu.
- HA! HAHAHHAHHAA! - naburmuszył się, śmiejąc się dla animuszu i dokończył lekko drżącym głosem. - Myślisz, że się boję? Wielki Lord Error niczego się nie boi! Wchodzę!
No i wszedł. Nie wiedząc, że nie bez powodu siedzę sobie na tym pasku adresu, zamiast normalnie stanąć przed nim jak mężczyzna przeciwko mężczyźnie (czy jakoś tak), co spowodowało, że po przekroczeniu paska stanu runął prosto w dół. Niestety, zapomniałam, że miał jeszcze te swoje klapki. Dlatego klapki przyleciały. Nie no, żartowałam, niestety nie same. Widząc je (i właściciela), od razu włączyłam Allegro – jedna z pierwszych stron, przy której ramkach i animacjach Explorer 6.66 dostawał apopleksji.
- Myślałaś, że mnie przechytrzysz! - krzyknął nie za bardzo budzącym respekt głosikiem i wtedy rozejrzał się. Widząc setki na wpół załadowanych ramek o bezsensownym rozmiarze, pozbawionych tła i pełne rozłażących się obrazków, koślawo reagujące na przelatującą nad nimi myszką jego klapki musiały się czegoś złapać. Oczywiście nie tego, co trzeba, bo była to jedna z ramek, która okazała się być listą rozwijaną. Rozwijającą się do samej nieskończoności na dole.
- Pożałujesz! - pogroził za pięć minut, kiedy ponownie wyleciał na górę. - Drugi raz nie dam się tak naaaaaaaa...
Nie, łapanie obrazka, który w rzeczywistości był tłem dla DIVa w stylu HTML5 zdecydowanie nie było bezpieczne. Niech się lepiej cieszy, że go ten DIV nie ugryzł.
- Dobra, koniec zabawy!
Teraz mnie zaskoczył – podczas gdy ja siedziałam na pasku i czekałam na niego, on zakradł się właśnie od tamtej strony i, czając się pode mną, strzelił do mnie znienacka. Znaczy: nie z nienacka, tylko z broni. Spudłował, ale po akcie spudłowania sytuacja wyglądała tak, że on już się nie czaił, a ja nie siedziałam, tylko wisiałam jak ten Windows. I teraz już nie wyglądało na to, żeby miał spudłować...
Ale ja wciąż miałam plan! Kiedy kończył do mnie mierzyć z zawrotnej odległości połowy metra i już, już miał strzelić, ostatecznie zmiatając mnie z trójwymiarowej rzeczywistości niszczącym promieniem BlueScreenOfDeath, ja krzyknęłam:
- Ctrl+F!
I oto na linii strzału pojawiło się okienko wyszukiwania. Bardziej funkcjonalne niż deseń w dodatku, bo promień nie tylko zatrzymało, ale i odbiło – no w sumie należało zwrócić Errorowi to co errorowe, więc czemu nie?
Jednak Lord Error, po paru błękitnych mrugnięciach, lepidopterologicznych wykrzyknieniach, saltach do przodu i tyłu we wszystkich 42 wymiarach, chwilowym wyglądaniu jak lama, nadal dzielnie trzymał się w pionie (w naszych wymiarach w dodatku)!
- To za mało... Pff... 0x001d0f31... - Przerwał, a z jego ust wyleciała kupka niebieskich piórek - żeby mnie... Check youre face to make sure... powstrzymać... ...any new cat in your bathroom... Jestem Lord Error! Błędy się mnie..! 0x82a0492c... Pff... Pff! Restart your cat and delete F8... I tak będę rządzić światem! Nosz 0x06066700!!!
Po czym ponownie podniósł swoją blue-różdżkę, z której na dzień dobry wydobyło się parę piórek, ale wyglądało na to, że i ona i Lord dochodzą do siebie, więc wkrótce mogło z niej wydobyć się coś jeszcze.
„W takim razie” pomyślałam z powagą „czas na cios ostateczny.”
Po czym pogilgałam Pana Błęda pod pachami. Chyba mu się podobało, bo bardzo się cieszył. Jego broń mniej, można wręcz orzec, że ona jako jedyna zachowywała słuszną, godną sytuacji powagę. No ale niby gdzie miałabym połaskotać różdżkę?
Lord Error zachwiał się, zrobił krok do tyłu, potknął o jakąś tabelkę, która w rzeczywistości nie miała być już tabelką, tylko superinteraktywnym sposobem na pokazywaniem loginu i hasła we właściwej kolejności. W efekcie podknięcia równowaga explorerniczo-cybernetyczna została zaburzona i niedoszła tabelka zmieniła się w pociąg Pendolino. Ma się rozumieć, że transformacja nie mogła być na tyle ogarnięta, żeby prawa prawdopodobieństwa wyprodukowały mu też adekwatne dla jego możliwości (i, co ważniejsze, ciężaru) tory, w dodatku z całą dokumentacją potrzebną do szczęścia Unii Eurojepskiej. Skutkiem czego cała tabelkowato-skryptowo-krasnoludkowo-obrazkowa konstrukcja zawaliła się – prosto na Lorda Errora, który co prawda upadł chwilę wcześniej, ale z całej tej hecy, którą mu zafundowałam, nie zdążył odpalić swoich turbo-klapek. Dopiero, kiedy już wychodziłam (ostrożnie zjeżdżając po jednej z bocznych ramek okna), widziałam, że trochę spoważniał, ponieważ z nieudanych HTML5-owych CSSów wygenerował się znów pan od mleka. Jemu chyba też nie było do śmiechu.
Pozostało mi nacisnąć krzyżyk zamykający okno. Co pewnie niewiele dało, bo na Explorera 6.66 przycisk zamykający program jakoś tak nie działa i pewnie jeszcze długo będzie się on kotłował w czeluściach Menedżera zadań. No cóż, jak wiadomo, wejść do Explorera 6.66 jest łatwo, tylko z powrotem jest już troszeczkę gorzej... No ale może bugowy król coś wymyśli.
W każdym razie to już nie nasz problem! :) Najważniejsze, że ostatecznie mi w całości przypadł zaszczyt złożenia życzeń naszemu dobrotliwemu władcy, Artoooooorowi – dzielnemu Rycerzowi, nieustraszonemu obrońcy słabszych, uciśnionych i nie łapiących zasad działania Javy EE – z okazji ukończenia lat 11011. Obyś się przy dążeniu do celów wszelakich przeciwności losu i zawirowań schrödingerowo-liniowych nie uląkł, oby ci kody naszej krainy służyły dzielnie i za bezsensowne wyjątki na galery wypływały, oby piekielne złote rakiety pieczar NCDC niezbyt duże były i, zaprawdę, żebyś o swojej (nie)normalności, dzielności (wieloliczbowej), mądrości (przez jedno o, ale nie tylko!) i wyjątkowej wyjątkowości (nie tylko na Javie) zawsze pamiętał! ^^


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz