Dzień 1
To miał być zwykły wpis, opisujący moją kolejną bitwę w wojnie z Lordem Errorem. Użyłbym kolejny raz Debugger Guna/skórki od banana/kwaśnej żelki pomarańczowej do pokonania tego ostatniego, ten stwierdziłby, co zrobi mi i wszystkim moim papugom na litery od p do r, a ja w nagrodę wyspałbym się. Jednak tym razem... no nie tym razem. Dostałem tajną wiadomość z Centrali:
Zostałeś odgórnie wyznaczony na ochotnika to przetestowania JRebela. To wspaniałe, innowacyjne narzędzie przyspieszy Twoją pracę.Po prostu potestuj to przez 2 dni i nie zwariuj.
Paczkę dostarczył kurier Fed-Kleksu. Tylko dlaczego centrala wysłała ją za pobraniem...? Mus to mus... znaczy oczywiście bardzo chętnie zabrałem się za wykonywanie zadania. Po sprawdzeniu, czy na pewno nie da się od tego wymigać obejrzałem ładunek. Tradycyjnie musiałem go najpierw odwinąć z czarnej folii, potem kartonu, w którym znajdował się styropianowy pojemnik na kolejny pakunek zawinięty tym razem w czerwoną folię. Po odpakowaniu pierdyliona warstw i zawaleniu całej bazy foliami, kartonami, pudełkami i styropianem moim oczom (wszystkim 4) ukazało się... kolejne pudełko. Tym razem chyba już to właściwe. Na jednej stronie było napisane "JRebel", na drugiej "Już nigdy nie będziesz musiał restartować aplikacji", na trzeciej - "Puszka Pandory". To ostatnie musiało być błędem w druku.
Otworzyłem pakunek, z pudełka wyleciały fajerwerki (dobrze, że w bazie jest gaśnica) i...skrzat, który wyszedł i tyle go widziano. Podobno od tej chwili działał. Taki niepozorny ludzik.
Teraz muszę opowiedzieć o swoim centrum dowodzenia. W Powolnym Królestwie Javy znajduje się magiczne miejsce zwane Tomcat. Działa tam kilkudziesięciu czarodziejów. Żeby magia się wykonała (a zwłaszcza żeby PLN magicznie przewędrowały na moje konto) muszę wysłać tam program na latającym dywanie. Jeżeli wszystko jest w porządku i planety ustawią się pod odpowiednim kątem względem lodówki Barracka Obamy, czarodzieje zrobią z programem co trzeba i uruchomią czary. Niestety przy prawie każdej zmianie trzeba dosyłać a potem uruchamiać cały program jeszcze raz. Ale ja miałem Puszkę Pan...znaczy Rebela! Teraz mogłem wysłac tam tylko zmieniony fragmencik programu, a mały skrzat dzielnie wpasowywał go do tego, co już było!
Za pierwszym razem wszystko poszło dobrze poza tym, że...nic nie działało. Po godzinie dowiedziałem się, że skrzat wcale nie wiedział, że powinien trafić do Tomcata. No cóż, znalazłem go w pobliskim barze, dałem mu do ręki parametr maszyny witrualnej zamiast butelki i skierowałem w odpowiednie miejsce.
No dobra! Zacząłem od zmiany zwyklego kodu - żeby program robił kawę z mlekiem zamiast czarnej i dodatkowo to mleko spieniał. To zadziałało. Zachęcony pierwszym sukcesem dodałem do czaru zależność kawy od skórki pomarańczowej. No cóż - oto zdjęcie Tomcata:
NullPointerException, AmbiguousResolutionException i WhatTheDuckException. W takiej sytuacji postanowiłem bohatersko pójść spać.Dzień 2
- Wstawaj, już 7:01! Taki oto straszliwy krzyk rozległ się w sypialni Tajnej Bazy nr. 1 Widocznej na Google Maps Jako Miejsce Niebędące Tajną Bazą nr. 1. - Żartowałem, jest 6:59. W Powolnym Królestwie Javy jest rebelia! Wszyscy zginiemy! - Zając "Terminator" Poziomka nadal wrzeszczał mi nad uchem. - Issozztego? - zapytałem z przytomnością godną niedźwiedzia wyrwanego z zimowego snu. - Tajna Baza nr. 1 Widoczna na Google Maps Jako Miejsce Niebędące Tajną Bazą nr. 1. leży w Powolnym Królestwie Javy! - teraz na jego wrzask nie pomagała nawet podwójna warstwa poduszek narzuconych na głowę. - Ale jest dopiero 6:59! Rebelia poczeka. - powiedziałem tuż przed tym, jak przez okno Tajnej Bazy nr. 1 Widocznej na Google Maps Jako Miejsce Niebędące Tajną Bazą nr. 1 wpadł zbłąkany javax.enterprise.inject.AmbiguousResolutionException. Papuga Iterara podleciała, porwała wyjątek do swojej klatki i stała się chomikiem.To umożliwiło mi ponowne pójście spać na -1 minutę, na co Poziomka się zgodził. Haha, ale ja liczę czas w unsigned int, co dało mi aż 4294967296 minut snu! Niestety skubany wspaniałomyślnie dodał mi minutę snu, przez co 32-bitowy int się przekręcił i wyszło 0. No cóż. Teraz musiałem zająć się poważnymi sprawami, którymi zawsze zajmuję się rano:
- zrobieniem kawy,
- sprawdzeniem, czy P=NP,
- rozwiązaniem światowego problemu par skarpet, z których zawsze jedna się gubi.
Ten trzeci problem zwykle rozwiązuję lokalnie - w moim pokoju. O rozwiązaniu drugiego decyduje rzut monetą. Natomiast pierwsze zadanie jest zbyt skompilo...znaczy skomplikowane, żeby je tu wyjaśniać.
Rozejrzałem się po tajnej bazie, wyciągnąłem z drewnianej szafy zbroję SuperNerda i ruszyłem opanować rebelię. Tak, sam przeciwko wszystkim. Tak, z debugger gunem i kubkiem kawy! Musiałem szybko zatrzymać Tomcata. Wybiegłem z bazy, uskoczyłem przed dwoma wyjątkami, poslizgnąłem się na skórce od banana i wpadłem prosto...na skrypt shutdown.sh. Aż odcisnął się na tym pliku mój kształt. Ale udało się.
Popatrzyłem na pole bitwy. Musiałem znaleźć element, który wybuchał po tym, jak dobierał się do niego magiczny skrzat. Pominę swoje kwieciste opisy faktu, że nie mogę znaleźć ani swojego kubka z kawą ani tego, co wybuchało. Znalazłem, powiedziałem coś o motylej nodze, zamieniłem i wysłałem kolejny latający dywan. Tym razem nic nie wybuchało, ale...skrzat przemycił tam butelkę. Powiedzmy, że soku z gumijagód. Sprawiło to, że tylko niektóre zmiany był w stanie wprowadzić do programu. Co więcej, czasami sam wpadał na wspaniały artystyczny pomysł. Dzięki temu program nie tylko zawierał połowę moich zmian, ale i 2 żelki firmy Haribo na ekranie logowania!
Tym razem się wkurzyłem. Wyposażony w dokumentację i mocne argumenty o motylej nodze poszedłem do skrzata pokazać mu, gdzie kompilatory zimują.
- paaaanie, ja tu tylko na chwilę! - po czym wręczył mi pustą butelkę i kartkę z napisem "Licencja wygasła. Życzymy miłego dnia".
No tak, jaka szkoda. Z żalu, że już nie ułatwi mi pracy...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz